APATIA

Siedzę nad pustą kartką, półprzytomny i przerażony własną niemocą. Nie mam sił, by cokolwiek napisać. Zaciskam zęby, uświadamiając sobie, że ten marazm trwa od kilku dni. Nieważne, co robię, nieważne jak mija dzień – każdego wieczoru i tak jestem wycieńczony. Kiedyś o tej porze wyrzucałem z siebie myśli jak szalony. Pisałem na przemian powieść i bloga, prowadziłem też notatnik ze szkicami innych historii – takich, za które zabiorę się w bliżej nieokreślonej przyszłości. W mojej głowie aż roiło się od pomysłów, a ja ledwo nadążałem z ich zapisywaniem.

Teraz coś się spieprzyło. Jakby część neuronów w moim hiperaktywnym mózgu w końcu się wypaliła. Nie, to niemożliwe… To za jeszcze wcześnie, by mój mózg doznał tak potężnej neuro-katastrofy. Jestem za młody.

To odrętwienie może być wynikiem paskudnej pogody. Szarość jest aż namacalna, ziąb potrafi przenikać kości, a powietrze smakuje zimą. Gdy tylko wyjdę na zewnątrz, moim jedynym pragnieniem jest ciepło.

Sięgam po notatnik i zaczynam przeglądać szkice tekstów. Mieszczą się w nim pomysły na parę najbliższych lat. Z jakiegoś powodu teraz nie wiem jak się za nie zabrać. Choć przecież niedawno wiedziałem…

Zamykam notatnik.

Brzydzi mnie własna apatia. Zmęczenie niezależne od tego, co robię. Które po prostu jest.

Ta gorsza – leniwa i słaba – część mojej natury podpowiada mi, żebym zrzucił winę na pogodę i dał sobie spokój. Kolejny raz.

Tak łatwo znaleźć sobie wymówkę. Tak łatwo przestać pisać. W końcu jest mnóstwo ważniejszych spraw. A właściwie wszystko, co wiąże się z prawdziwym życiem, jest ważniejsze. Pastowanie butów, ścieranie kurzów, szorowanie kibla. Pisanie to tylko ucieczka przed życiem. Codziennie sprawy, nudne i trywialne, są natomiast stawieniem mu czoła. Co jeśli tak jest?…

Moje myśli nie biegną dalej za tym tropem. Problem w tym, że jestem chory psychicznie i nie potrafię być szczęśliwy bez pisania. Już dawno się z tym pogodziłem, dlatego nie ma  teraz sensu szukać nowej definicji pisarstwa.  Dzień bez pisania to dzień stracony; to jeden z filarów mojej życiowej filozofii. No dobra, mogę sobie z czystym sumieniem odpuścić, jeśli mam  naprawdę dobrą wymówkę. Dzisiejsza jest jednak słaba, podobnie jak wczorajsza i przedwczorajsza… Jeśli znów ulegnę – jestem żałosny.

Nie wiem, ile razy wypowiedziałem wojnę swoim słabościom. Wiem tylko, że znów wracam do punktu wyjścia. Nie mogąc znaleźć słów, zostawiam na marginesach pustej kartki wściekłe wzory ze spontanicznych kresek.

Odrzucam długopis na drugą stronę biurka. Kusi mnie, żeby rozerwać kartkę na strzępy. Jednak wściekła kapitulacja nadal jest kapitulacją. Czując, co się wewnątrz mnie dzieje, sięgam po długopis i zaczynam pisać – cokolwiek, byle tylko złapać rytm. Gniew to dobre paliwo, nie mogę go zmarnować.

Poza tym wiem, że nie zasnę przez najbliższych kilka godzin. Mimo zmęczenia. Noc jest jeszcze młoda, a mną targa bezsilna wściekłość. Myśl, że gdybym odpuścił sobie pisanie, pewnie przewijałbym Facebooka, albo w coś grał – do północy, albo dłużej. W ostateczności sięgnąłbym po książkę.

Apatia… Jednocześnie brzydzi i kusi. Nietypowe połączenie.

Gdybym uległ – nie ma się czego wstydzić. Apatia to choroba naszego pokolenia i chyba wszystkich pokoleń wstecz. Zdaje się, że człowiek jest słaby i leniwy z natury. Każdy jest podatny na obrzydliwą apatię, w mniejszym lub większym stopniu. Nawet najwydajniejszy pracoholik miewał w swoim życiu stany apatyczne.

Tym bardziej nie ma się czego wstydzić.

Apatia… To słowo samo w sobie jest ładne, gdy pominie się jego znaczenie. Brzmi jak kobiece imię i kryje się za nim dziwna słodycz.

Próbuję wyobrazić sobie typową Apatię. Widzę pospolitą twarz, pusty wzrok i opadające na ramiona włosy. Wnikam w jej głowę, by wydobyć z pośród uczuć, wspomnieć i myśli, to co najważniejsze. Trwa to ułamek sekundy. Naiwna, próżna, kapryśna. Zbyt skupiona na sobie, by dostrzec cokolwiek poza czubkiem własnego nosa. Nie jest wybredna, jeśli chodzi o facetów. Właściwie każdy może ją mieć… Będąc przez moment jej w głowie wyczułem coś w rodzaju fatum. Jest była skazana na przeciętność.

Ale wśród mężczyzn widać zapotrzebowanie na ten typ kobiety. Masowy towar do błyskawicznej konsumpcji.

Przestaję pisać i zamieram na moment. Nieruchomy jak posąg próbuję znaleźć odpowiedź na palące pytanie: Dla ilu mężczyzn Apatia była miłością życia?

 

 

Podobne

5 komentarzy

  1. Myślę, że apatia jest nam potrzebna, to pewnego rodzaju regeneracja dla mózgu 🙂 Gdy przerywamy coś na jakiś czas, potem możemy na to spojrzeć z zupełnie innej strony. A co dopiero jeśli pomyśleć o artystach wpadających raz to w otchłań w melancholii, a raz twórczej ekscytacji, czy jedna bez drugiej byłaby możliwa? Pozdrawiam 🙂

  2. Ah jak dobrze Cię rozumiem. Ostatnio często tak mam. Ciężko mi się zmobilizować do pisania. Czasem ślęczę dłużej nad jednym zdaniem i zastanawiam się co dalej. Zdarzyło mi się zostawić pisanie na dłużej… na dwa trzy miesiące i nawet mnie to nie męczyło… A teraz znów męczy. Nawet mi się śni że ślęczę nad kartką i nie mogę oderwać się od zaczętego tekstu. Apatia nie jest mi wcale obca, oj nie.

    Mam nadzieję że szybko odnajdziesz wenę i będziesz mógł pisać. Pozdrawiam z Krakowa Wojtuś 🙂

    1. Odnalazłem wenę. 😀 Choć pojawiam się tutaj mniej, cały czas pracuję. Teraz głównie nad książką. 🙂
      Napiszę jeszcze tekst o tym, co porabiam, kiedy mnie tu nie ma. Żeby nikt przypadkiem nie pomyślał, że porzuciłem bloga. 😉
      Mam nadzieję, że Twoje problemy z wenę też już minęły.
      Dziękuję za miłe słowa, również pozdrawiam. 🙂

  3. Żeby tak kilka dni. Od dobrych trzech miesięcy nic nie napisałem. A teraz, kiedy już bym mógł, to jakoś brak mi czasu. Z resztą. Pomysły, które dotychczas mi się podobały, teraz wydają mi się kiepskie. A nie jestem w stanie wymyślić nic innego.
    Zobaczymy jak to będzie. Tymczasem życzę powodzenia i ogromnych chęci do tworzenia (nawet się zrymowało .-.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *