NIE MAM CZASU NA DZIENNIK

Nie potrafię pisać dzienników. Kiedyś próbowałem, ale nie wyszło. Chciałem to robić rzetelnie, jednak nawet najnudniejszy dzień obfitował w rzeczy warte zapisania. Aż sam byłem zdziwiony. Zmieszczenie tego wszystkiego na papierze byłoby karkołomnym wyzwaniem. Gdybym chciał mu sprostać, nie starczyłoby mi czasu na życie.

Tym bardziej, że nałogowo myślę, obserwuję i analizuję. Czasem nawet wyprawę do sklepu mógłbym zwieńczyć co najmniej kilkoma stronami opisu. Bo dostrzegłem na chodniku kolejnego martwego gołębia w kałuży krwi. Bo wyglądający na śniadoskórego bandytę gość spytał mnie o drogę, po czym powiedział łamaną polszczyzną dziękuję. W międzyczasie brodaty żul grzebie w śmietniku, a wariat za kierownicą omal nie zabił przechodnia. Kiedy jestem już pod sklepem muszę ominąć szerokim łukiem prowizoryczne pole bitwy bezdomnych, którzy postawili reklamówki na ziemi i skaczą sobie do gardeł. Gdybym nałożył na siebie kronikarski obowiązek, rozpisywałbym się na temat takich błahostek, szukając w nich głębszego sensu. Choć pewnie go nie ma.

Nie posiadam prawdziwego dziennika. Ale mam czarny notatnik, będący jego namiastką. Bazgrzę w nim każdego wieczoru. Utrwalam w chaotyczne myśli, bez żadnych prób porządkowania. Urywki powieści są w nim przeplatane ze szkicami felietonów, albo codziennymi obserwacjami, opisanymi zrozumiałymi tylko dla mnie skrótami myślowymi.W tym chaosie od czasu do czasu trafiają się zaskakująco uporządkowane przemyślenia. Jednak fragmenty spisane tekstem ciągłym stanowią rzadkość. Gdyby ktokolwiek chciał wydać pośmiertnie moje zapiski, byłby cholernie rozczarowany. 

Nie mam czasu na dziennik z prawdziwego zdarzenia. Gdybym go pisał, nie miałbym czasu na życie. Nie mówiąc już o pisaniu powieści i bloga. Bo jednak na to wolę poświęcić swoje twórcze siły. Ale przez pewną lekturę doszedłem do wniosku, że dziennik to w sumie dobra rzecz.

DZIENNIK TYRMANDA

Urozmaicam teraz swoje szare życie wkradaniem się do cudzego szarego życia. Tylko już dawno minionego. Właśnie zacząłem czytać Dziennik 1954 Leopolda Tyrmanda. Zaczynanie swojej przygody z czyjąkolwiek twórczością od intymnych zapisków jest dziwnym wyborem. Ale miałem taki kaprys.

Zapisku obejmują pierwsze trzy miesiące 1954 roku, kiedy Tyrmand był dziennikarzem na banicji. Pisał wcześniej dla Tygodnika Powszechnego, jednak pół roku wcześniej gazeta została obłożona nieoficjalnym zakazem druku. Bo redakcja odmówiła publikacji nekrologu Stalina w wersji podyktowanej przez władze. Nie zgodzili się chociażby na nazwanie Wodza największym człowiekiem naszej ery. Tygodnik został zawieszony, a Tyrmand chwilowo utrzymywał się z dorywczych zajęć, np. z udzielania korepetycji, czy adiustacja cudzego tekstu. A wieczorami pisał swój dziennik, traktowany jako namiastka twórczości. I cichy bunt przeciwko komunizmowi. Może też jako rodzaj autoterapii. 

Ja chcę zawrzeć w dzienniku samego siebie wmontowanego w moje społeczeństwo i w moją epokę: mimo że same życie czyni ze mnie antagonistyczny podmiot, wcale nie palę się do wyjątkowości. Potrzebna mi jak gwóźdź w bucie. Więc kiwam ołówkiem wieczorami, ażeby zaprzeczyć temu, co jest, mimo że tak bardzo wolałbym być sceptycznie uśmiechniętym profitantem.

Spora część dziennika to jak do tej pory namiastka publicystyki. Analiza komunistycznej rzeczywistości przez pryzmat codziennych zdarzeń, rozmów i rzeczy przeczytanych w prasie. Jednak to wszystko przeplata się z bardziej intymnymi zapiskami. O rozterkach moralnych, utraconej miłości i kobietach… I dużo pisze o ludziach, zwłaszcza innych twórcach. Wyrażając się dość krytycznie o kurwach, które sprzedały się nowemu systemowi.

Ktoś powiedział mi dawno temu, że pisanie dzienników jest zajęciem dla naprawdę samotnych osób. Tymczasem przez dziennik Tyrmanda przewija się mnóstwo postaci. Jednak niemal każdy dzień zdaje się pękać w szwach od rozmów i spotkań. Cóż… Samotny też może wieść ciekawe życie towarzyskie.

Dziennik jakoś nie mieści tego wszystkiego, co jest do powiedzenia, co może być powiedziane tylko poprzez założenia twórcze, skrót i metaforę – narzędzia literackie. Ciągle mi czegoś w tym tekście nie dostaje, nie starczy.

Przedzieram się przez Dziennik na czytniku i mam pojęcia, ile dokładnie ma stron.Na kindle’u długość każdej książki wynosi po prostu 100%. Jednak sam fakt, że po tygodniu czytania mam za sobą zaledwie 34%, świadczy o tym, że dziennik jest dość obszerny. Choć jest zapisem zaledwie kwartału. Ale każdy dzień jest opatrzony czymś więcej niż krótką notką. To solidny kęs różnych rozmów, sytuacji, przemyśleń, wspomnień, obserwacji. I tak sporo zostało powiedziane… W moim notatniku pod niemal każdą datą znajduje się tylko parę niezrozumiałych – dla nikogo poza mną – zdań.

TEŻ PISAŁBYM DZIENNIK. ALE CZAS PRZYSPIESZA….

Aż zacząłem żałować, że nigdy nie udało mi się zabrać za dziennik z prawdziwego zdarzenia. Często narzekam na rutynę, jednak gdybym wieczorami próbował zmieścić na papierze każdy dzień, uświadomiłbym sobie, że dni jednak cholernie się od siebie różnią. Nawet te najbardziej pospolite. Pisarz powinien posiadać zmysł obserwatora. Chyba go posiadam, co nie zmienia faktu, że dziennik byłby dobrym ćwiczeniem. W końcu zdolności umysłowe są jak mięśnie.

Poza tym upływ czasu budzi we mnie niepokój. To się dzieje zbyt szybko. Wszelkie zapiski i fotografie to tylko paniczne próby zatrzymania kilku chwil. Prawdziwy dziennik byłby sporym krokiem dalej. Ocaleniem znacznie większego kęsa życia. Poza tym… Nie ufam pamięci. Zbyt szybko zaciera detale i nagina fakty. Jest naprawdę złudna… Wspomnienia to często w dużej mierze fikcja, wyrosła wokół faktów. Bujniejsza, im zdarzenie są bardziej odległe.

Niby doba dalej ma 24 godziny, ale ponoć czas przyspiesza, im człowiek starszy. Wobec tego pisanie dziennika na miarę Tyrmanda byłoby nie lada wyczynem. Dlatego zadowolę się swoją namiastką dziennika. Nawet moje myśloskróty pod każdą datą to już coś. Jedno słowo może przywołać chwilę, która utonęłaby w odmętach niepamięci, gdyby nie pewne słowo-hak.

 

5 grudnia

Wczoraj za oknem był śnieg, dzisiaj szarość…        

Mimo wszystko… Powyższe, urwane w połowie zdanie, to sygnał ostrzegawczy, by nie iść tym tropem. Niemalże liryczny wstęp to tylko zmyłka. Dalej byłyby nudne zajęcia, życie bez perspektyw, bóle egzystencjalne i studium patologii. Nie, nie taką literaturę chcę tworzyć. W moim przypadku dziennik byłby stratą jednak twórczej energii.

Powieść będzie ciekawsza. Obiecuję.

 

Podobne

5 komentarzy

    1. Dziękuję, bardzo mi miło. 🙂 Nawiasem mówiąc kojarzę Twojego bloga. Nie czytałem jeszcze opowiadań, ale podoba mi się publicystyka. 😉

  1. Twoja pamiętnikarska notatka z dnia 5 grudnia skojarzyła mi się z cytatem: „Księżyc i łzy – to nie wystarcza, by pisać wrażliwie” – Georg Christoph Lichtenberg.

    To, co robisz teraz w kategoriach literackich – już jest ciekawe. Kibicuję Ci i wierzę w Ciebie. Mówisz, że Twoja powieść będzie jeszcze ciekawsza – że obiecujesz. Wierzę Ci, bardzo Ci wierzę. Ale to poważna deklaracja – złożyłeś ją publicznie, złożyłeś ją mnie jako swemu czytelnikowi, a więc trzymam Cię za słowo i z tej obietnicy, jako Twój czytelnik, na pewno Cię rozliczę.

    Pozdrawiam przeserdecznie :).

    1. Dziękuję za zaufanie. 🙂 A nie ma nic lepszego niż poważna deklaracja, żeby wywrzeć na siebie większą presję. 😀
      Również pozdrawiam 🙂

      1. Nie przesadź jednak z tą presją – pamiętaj proszę, że pisarz potrzebuje mieć wolną głowę, możliwie niczym niespętaną :). Nie osądzaj się czasem przedwcześnie – pisz swoją powieść tak, jakbyś robił to dla siebie (do szuflady), wtedy masz szansę stworzyć naprawdę ciekawe, unikalne treści literackie :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *