NIEOBECNOŚĆ

Lublin powitał mnie chłodno, podobnie jak w zeszłym roku. Ale nie narzekam. W naszej szerokości geograficznej trudno uciec teraz od deszczu i szarości.

Zbyt wiele czasu poświęcam na błąkanie się po mieście. Nie do końca bezcelowo, bo unikam w ten sposób nowego mieszkania. W nowym pokoju czuję się dość nieswojo. Cztery ściany zdają się ściśnięte zbyt blisko siebie. Wcześniej nie podejrzewałbym siebie o klaustrofobię, jednak teraz zaczynam mieć wątpliwości. Poza tym pokój jest zagracony jak moja głowa. Powinien być przytulnym schronieniem, jednak daleko mu do tego miana. To ciasna klatka, w której miotają się moje myśli.

Z nowymi współlokatorami zamieniłem ledwie parę słów. Gdy wynajmowałem mieszkanie w sierpniu wydawało się przytulniejsze. Jednak wnikając w jego zakamarki co chwilę trafiam w nim na brud i ślady starości. A pierwsza noc w tym miejscu niemal doprowadziła mnie do szału. Dobywające się zza ściany bulgotanie w rurach nie pozwoliło mi zasnąć. Przy tych obłędnych dźwiękach zapadłem w niespokojny sen dopiero o czwartej nad ranem. Ocknąłem pod wpływem zgrzytu budzika. Gdy tylko go wyłączyłem, zdałem sobie sprawę, że zza ściany nadal dobiega jednostajne bulgotanie. Ogarnięty wściekłością szybko narzuciłem na siebie ubrania i – nawet nie myśląc o śniadaniu – poszedłem na uczelnię.

Problemy techniczne rozwiązały się samoistnie, kiedy byłem na pierwszych zajęciach. Po powrocie powitała mnie błoga cisza. Ale cały czas rozpierała mnie wściekła energia. Nie mogłem usiedzieć w tak ciasnym pomieszczeniu dłużej niż dwadzieścia minut.

Długie spacery, ziąb i deszcz rozwiewają ponure i wściekłe myśli. Przy okazji odkrywam zakamarki miasta, w którym potoczy się istotna część mojej powieści. Demaskując brzydotę Lublina czasem trafiam przypadkiem na zapomniane skarby. Chociażby – pokryte osadami starości – rzeźbiarskie wybryki na cmentarzu. 

Może mam wiele wspólnego z zabłąkanym duchem, ale ciągle należę do świata żywych. Gdy nachodzi ciemność znów jestem szczurem, zamkniętym w brudnej, ciasnej klatce.

 

To trzecia noc w tym pokoju. Trzeba w końcu ujarzmić tę klaustrofobiczną przestrzeń. Teraz na poważnie zabieram się za sprzątanie. Przed pewnymi sprawami nie można uciekać bez końca.

Sprzątanie to niby taka prosta czynność. Polega głównie na odkładaniu rzeczy na miejsce. Problem w tym, że dopiero muszę znaleźć rzeczom miejsca. 

Na początku nie wiem, w co włożyć ręce. Ale próbuję walczyć z tą gmatwaniną, początkowo nieśmiało, potem coraz zacieklej. Z głośników dobiega muzyka, na którą szybko przestaję zwracać uwagę. Ważne jest tylko, by nie ustawał gitarowy łomot.

W międzyczasie zamknięty w czterech ścianach chaos przeobraża się w harmonię. A przynajmniej w najlepszą możliwą dla mnie imitację porządku. Pokój jest teraz całkiem przytulnym miejscem. Mogę rozsiąść się tutaj wygodnie z książką, albo kubkiem herbaty w dłoni, nie rozpraszając się bałaganem, który do tej pory zakłócał mój zen. Klaustrofobiczne odczucia powoli się ulatniają.

Dopiero teraz zwracam uwagę, że ściany mają cytrynowy kolor. Moja kobieta nazwałaby go ohydnym. Nie mam jednak zamiaru narzekać na przebłysk ciepła ze strony rzeczy martwych.

 

Od dawna czuję potrzebę napisania o Lublinie. Bo za tym słowem kryje się coś więcej niż brudne miasto. Gdzieś na samym końcu łańcuchów skojarzeń, tam gdzie snują się nie do końca oswojone emocje. Tam Lublin to miłość na ostrzu noża i jeden z rodzajów samotności.

Jakaś część mnie pozostała daleko stąd, przy kobiecie. Tutaj jestem co najwyżej w połowie, ale trudno mi teraz ocenić. Analityczne funkcje mózgu są od kilku dni zaburzone. Bezustannie czuję się jak na ciężkim kacu, tylko że bez bólu głowy. Choć teraz piję alkohol sporadycznie i w niewielkich ilościach.

Ludzie mają dziwną skłonność do personifikowania miast na podstawie zlepków skojarzeń. Zawsze wydawało mi się to głupie. Cóż… Miejsce jak miejsce, mówiłem.

A teraz sam myślę o Lublinie w taki sposób. Nie wiem jednak, czy personifikacja to dobre słowo. Lublin jawi się w moim oczach bardziej jako rozpadające się od środka cielsko kolosalnego potwora z betonu, stali, szkła, zieleni, spalin i brudu. Przyklejony do skóry ziemi pasożyt żyje w symbiozie z krążącymi krwiobiegami ulic drobnoustrojami gatunku homo sapiens.

Lublin lubi deszcz. Ta myśl często przemyka przez moją głowę. Prawie zawsze tutaj pada, jesień jest naprawdę paskudna. Przypominam sobie, że w zeszłym roku też ciężko było o słońce. Akurat kiedy wieczorem – po jakimś czasie rozłąki – przyjechała tutaj moja dziewczyna, nazajutrz obudziło nas słońce. Jakby przysunęło się tutaj za nią.

Nigdy nie chciałem się tu znaleźć. Ale akurat tutaj zdarzała mi się szansa na studia – nie dość, że dość ciekawe – to jeszcze otwierające mnóstwo perspektyw. Tak naprawdę nieważne jak nazywa się potwór, w którego brzuchu poszukuję żeru. Katowice, Łódź, Lublin, Warszawa. Na jedno wychodzi, kiedy jedynym brakiem jest w istocie Jej nieobecność.

Miłość to dla mnie dość abstrakcyjny termin. Jeśli jednak ja i ona przetrwaliśmy rok próby odległości, chyba jest coś na rzeczy.Przewijam w myślach urywki chwil, które wymykają się słowom. Przynajmniej teraz, gdy myślę chaotycznie i wielotorowo. Nie przejmuję, że tak trudno ubrać mi to słowa. I tak lwią część tych chwil zamierzam zostawić tylko dla siebie.

Nie było łatwo… Spośród wspomnień i emocji udaje mi się wydobyć jedną racjonalną myśl.

Zaraz po tym coś ściska mnie za gardło, gdy wspominam chwile, w których ta miłość wisiała na włosku. 

Moje myśli zatrzymują się na ostatnim pożegnaniu. Momencie, gdy scałowałem łzy z jej twarzy, nim zniknąłem w pociągu.

Potem przez cały dzień dręczy mnie dziwny niepokój. Jakby coś się skończyło.

 

Podobne

4 komentarze

  1. Jak zwykle fajnie się Ciebie czyta Wojtku 😊 w Lublinie nigdy nie byłam ale zamierzam kiedyś się tam wybrać. Bardzo nie lubię ciasnych zagraconych przestrzeni.

    P.S Bardzo dziękuję za odwiedziny na blogu i komentarz. Cieszę się że się podobało 😊 Pozdrawiam serdecznie

    1. Ależ nie ma za co. 🙂
      A co do Lublina – jednak tkwi w nim jakiś urok. W tych kontrastach między chociażby pięknym Starym Miastem a resztą nędznych ulic i rozpadających się kamienic.
      Dziękuję i również pozdrawiam. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *