O RZECZACH UTRACONYCH

Twórczości i wyrażaniu siebie nie zawsze jest po drodze. Bywa, że w kapeli muzycy grają tylko pod dyktando despotycznego lidera. Aktor – pod czujnym okiem reżysera – trzyma się scenariusza. Pisarz po prostu opowiada historię. Nadmiar prywaty zwykle szkodzi opowieści – chyba że pisze się autobiografię. Mówimy jednak o fikcji… Tutaj autor zwykle musi skryć się w cień i pozwolić bohaterom żyć własnym życiem. I czuwać nad historią, doprowadzić ją do końca tak, by nie wymknęła się spod kontroli. Taka jego rola.

Dopiero wtedy wiem, że mnie książka zachwyciła, jeżeli po przeczytaniu myślę o jej autorze, że chciałbym z nim się przyjaźnić i móc po prostu telefonować do niego, ile razy przyjdzie mi ochota.

Jerome David Salinger (Buszujący w zbożu)

Po przeczytaniu lektury, która wcisnęła mnie w fotel, często zastanawiam się, kim jest człowiek, w którego głowie zrodziła się ta historia. Notka biograficzna i zdjęcie na tylnej okładce to trochę za mało. To mniej niż ułamek człowieka.

Dlatego pochłaniam wywiady z autorem i kolejne porcje jego twórczości, próbując ułożyć z tych elementów obraz jego osobowości. Jeśli pisarz jest martwy, to czytam wydane pośmiertnie listy, pamiętniki i inne prywatne zapiski. Szukam też wspomnień i różnych wzmianek na temat jego osoby ze strony bliskich i innych osób, które miały z nim styczność.

Fascynuje mnie wpływ osobowości i wydarzeń życiowych na twórczość. I odwrotnie.

Poza tym chcę być pisarzem. Tym bardziej nic dziwnego, że interesują mnie kulisy literackiej pracy konkretnych autorów. Jednym z nich jest…

ŁUKASZ ORBITOWSKI

Dawniej kojarzony przede wszystkim z horrorem, nazywany nawet (podobnie jak Stefan Darda) polskim Stephenem Kingiem. Ta łatka przylgnęła do niego na długo, trochę niesłusznie. Bo dalej mówiono o nim jak o polskim Kingu, kiedy zaczynał podążać w całkiem innym kierunku. Gdzieś pomiędzy powieściami grozy zdarzyło mu się popełnić bajki o kotach, później zaczął skręcać w stronę historii alternatywnych, podszytych klaustrofobicznym klimatem, surrealizmem i makabrą.

Potem była Szczęśliwa ziemia, pierwsza naprawdę głośna powieść Orbitowskiego. Klasyfikowana jako realizm magiczny. Albo obyczajówka z drobnymi elementami fantastyki – innymi słowy.

Niedługo później ukazały się Zapiski nosorożca, notatki z podróży po Afryce i garść mitów. Następnie najgłośniejsza do tej pory Inna dusza – fikcja oparta na prawdziwej zbrodni.

Teraz czekam na Exodus…

Pomiędzy tymi opowieściami było jeszcze mnóstwo rozsypanej po prasie publicystyki. A nawet program na TVP Kultura – Dezerterzy – gdzie Orbitowski po prostu rozmawia z różnymi osobistościami ze świata kultury. Ludźmi spoza głównego nurtu. O połowie z nich nawet nie słyszałem przed obejrzeniem Dezerterów.

To dziwne uczucie… Zobaczyć jednego z ulubionych pisarzy w telewizji, jeszcze w jego własnym programie. Twarze autorów znam z reguły tylko ze zdjęć. Dlatego dziwnie patrzeć na mimikę pisarza i słyszeć jego, który inaczej brzmiał w Twojej głowie. Przynajmniej mnie towarzyszyły takie uczucia podczas oglądania pierwszego odcinka.

Gdzieś na obrzeżach działalności literackiej i publicystycznej już od dziesięciu lat funkcjonuje blog. Na wyżej wymienionych polach autor często był na drugim planie. W prozie najważniejsza jest opowieść, w publicystyce omawiany temat, a w programie telewizyjnym – gość. Ale na blogu  to osoba autora jest na pierwszym planie.

Zawartość strony Orbitowskiego to przede wszystkim Tydzień z głowy – cykl krótkich osobistych notatek. Jak tytuł wskazuje – kolejne odcinki ukazują się co tydzień. Przez te lata nazbierało się ich już 471.

Zacząłem zatem umieszczać wpisy opatrzone tytułem „Tydzień z głowy”, gdzie opisywałem to, co akurat leżało mi na wątrobie. Zdawałem relację z zabawnych wydarzeń, których doświadczyłem, pisałem o tym, co mnie cieszy bądź uwiera, nie zastanawiając się, co ludzie o tym powiedzą.

Tymi słowami autor opisuje ideę bloga. We wstępie do książki… Bo blog przeobraził się w książkę. Część wpisów została zebrana, przetasowana i zamknięta między okładkami. Tydzień z głowy nie sprawdziłby się jako tytuł książki. Dlatego został zmieniony na…

RZECZY UTRACONE. Notatki człowieka posttowarzyskiego

Już dawno pomyślałem, że przynajmniej niektóre z blogowych tekstów Orbitowskiego zasługują, żeby je wydrukować. Bo w sieci szybko przepadną. Stare odcinki zostaną zakopane przez nowe, a czytelnicy blogów rzadko przeglądają stare wpisy. Każdy rzuca się najpierw na to, co świeże, a skamieliny zostawia na później. Jednak często to później nigdy nie przychodzi.

Teraz jednak niektóre znalazły się na papierze, osiągając coś w rodzaju nieśmiertelności. Mniej więcej jedna piąta z nich, bo książka ma niecałe trzysta stron. Wszystkie teksty pomieściłoby dopiero tomiszcze rozmiarów To Stephena Kinga.

„Rzeczy utracone” brzmią smutno, choć ta książka smutna zaledwie bywa. Zdarza się jej też bywać wesołą. Próbuje bowiem naśladować życie. I wiecie co? Cieszę się, że to wszystko zniknęło. Wcześniej tak nie uważałem. Tęskniłem za tym, co utraciłem, a potem okazywało się, że natychmiast coś zyskiwałem w zamian. Tak właśnie się to kręci. Każda strata jest po coś. Zawsze można, na przykład, poświęcić jej książkę.

Rzeczy utracone to książka niejednorodna.I trochę chaotyczna, bo każdy z tekstów łączy pewien odstęp czasu. Czasem większy niż tygodniowy. W pewien sposób jest to szczątkowa autobiografia, jednocześnie szczera i pełna niedopowiedzeń. Orbitowski opowiada o codziennych sprawach, relacjach pisarstwie, podróżach, grach, fantastyce i metalu. Często w melancholijnym tonie, jednak przebłyski humoru potrafią złagodzić impet najcięższego ładunku. W ten sposób wyczuwa się ogromny dystans autora do świata i samego siebie. Zwłaszcza w tekstach zabarwionych autoironią. W niejednolitych nastrojowo tekstach przeplata się dosadność z delikatnością, smutek z humorem. W każdym razie Rzeczy utracone są znacznie lżejsze od Szczęśliwej ziemi Innej duszy. Życie Orbitowskiego nie jest ponure jak jego powieści.

Ludzie którzy czytają moje książki dziwią się, że jestem takim pogodnym i zadowolonym z życia człowiekiem. Niekiedy dają do zrozumienia, że nie umieją tego pogodzić. Tu taki, a tam taki, doktor Jekkyl i pan Hyde.

Często odnajdywałem siebie w tej książce, choć napisał ją człowiek tak odmienny ode mnie. Może dlatego, że podążam podobną drogą. Czy raczej próbuję… W każdym razie jestem jeszcze młody, sporo czasu przede mną.

Orbitowskiego można nazwać śmiało literackim wiercipiętą, nie potrafiącym się ustatkować w jednej konwencji. To właściwie odzwierciedlenie istotnej części jego osobowości. Włóczęgi, który nie potrafi nigdzie zagrzać dłużej miejsca, ciągle szukając czegoś nowego. Właśnie w tym aspekcie odczuwałem jednostronną więź z autorem, swego rodzaju pokrewieństwo dusz.

Poza tym… Rzeczy utracone zawierają też kilka mrocznych bajek. Takie lubię najbardziej. Naiwne i ładne w swojej prostocie, a jednak mieszczące w sobie jakąś gorzką prawdę.

DLA KOGO JEST TA KSIĄŻKA?

Dla fanów Orbitowskiego, rzecz jasna. Dla tych – którzy podobnie jak ja – są ciekawi, co wykluwa się w głowie autora równolegle z opowieściami. Osoby niezaznajomione z twórczością Orbitowskiego podczas lektury mogą być mocno zdezorientowane. W końcu nie jest to ciągła opowieść, tylko zbiór krótkich notatek. Bardzo różnorodnych, jak już wspomniałem.

Dla mnie jednak wszelkie książki ulubionych pisarzy, zawierające autobiograficzne wstawki, zajmują szczególne miejsce na półce. I często do nich wracam, czytając jeszcze raz losowe fragmenty. Poza tym… Ta lektura to dla mnie talizman. Dowód na to, że nawet nawet blogu może się wykluć literatura. I to całkiem niezła.

TERAZ CZAS NA ZAŻALENIE

Co do niektórych tekstów… Rzeczy utracone – to określenia nabiera w ich przypadku dosłownego znaczenia. Czytając książkę, która wcześniej była blogiem, trafiłem na sporo znajomych kawałków. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, powracając do niektórych. Ciesząc się w duchu, że ocalały.

Bo opublikowane przed 2017 rokiem wpisy z bloga Orbitowskiego zostały usunięte wraz z wydaniem książki. Posunięcie z jednej strony zrozumiałe, ale z drugiej… większość tekstów przepadła. Tak po prostu. A szkoda, bo wśród nich znalazłoby się jeszcze trochę ładnych i mądrych rzeczy. Które zostały utracone… Cztery piąte bloga przepadły, jedna piąta jest w książce. Szkoda… A nowe rzeczy, które ukazują się na blogu, kopiuję do pliku Tydzień z głowy 2017. Na wszelki wypadek.

NA ZAKOŃCZENIE….

Każda strata jest po coś. Zawsze można, na przykład, poświęcić jej książkę.

To była pierwsza świadoma myśl po przebudzeniu. Nie moja… Pochodząca z talizmanu, którego nie zabrałem do Lublina ze sobą.

Podniosłem głowę, mając jeszcze półprzymknięte oczy, jakby szarość poranka była zbyt jaskrawa. Przetarłem powieki, pośród bałaganu znalazłem ubrania i dowlokłem się do łazienki. Szorując zęby zacząłem rozwijać nie swoją myśl. W końcu wiem z autopsji jakie znaczenie podczas pisania ma napęd wspomnieniowy. Chęć utrwalenia minionych chwil i ocalenia choć namiastki tego, czego już nie ma, to najsilniejszy motyw jaki znam.

Nie muszę przyrządzać kawy. Jedna myśl spowodowała lawinę kolejnych. Tak oto napęd wspomnieniowych został uruchomiony.

C.D.N

Podobne

4 komentarze

  1. Bardzo Ci kibicuje. Nadajesz się na pisarza, bo naprawdę świetnie wyrażasz myśli. Będę tu zaglądać 🙂 i czytać. Pana Orbitowskiego nie znam ale poznam i dam Ci znać co myślę o jego twórczości. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *