OPOWIEŚĆ ROZBITA NA DWA WĄTKI

Wszystko ma swój koniec. I dobrze o tym wiem. Mimo tego zadaję sobie pytanie: Dlaczego tak szybko?

Całując ją na pożegnanie, myślę, że to ostatni raz. Dziewczyna uśmiecha się smutno, wyswobadzając się z moich objęć. Kilka sekund później znika w pociągu, a ja odwracam się i odchodzę. Tak po prostu.

Gapienie się na odjeżdżający pociąg uznaję za idiotyczny pomysł. Zahaczający o infantylny romantyzm. Jeszcze przypadkiem przez szybę mignie mi jej twarz. Nasze spojrzenia spotkają się na ułamek sekundy. Przez szkło…

Wracając do samochodu czuję się dziwnie lekki. Chyba od rosnącej wewnątrz pustki.

Żałuję, że nie mam w samochodzie żadnych płyt. Chciałbym wypełnić czymś ciszę. Czymś więcej niż monotonnym zawodzeniem silnika.

Prowadząc, odtwarzam w pamięci Black.

All the love gone bad turned my world to black
Tattooed all I see, all that I am, all I’ll be…

Gdy już jestem w Lublinie, to pierwsza piosenka, którą odpalam w mieszkaniu.

Czerń zalewa mój świat jedynie wtedy, gdy zamknę oczy. Kiedy je otwieram widzę półmrok pokoju. Wyłączam Pearl Jam i otwieram okno. Teraz moją muzyką jest szum deszczu.

Nie wiem, co ze sobą zrobić. Czuję się cholernie samotny. Nie mam tutaj żadnych przyjaciół. Wszyscy wyjechali na studia do Krakowa, albo do Rzeszowa. Do Lublina trafiłem tylko ja.

Na Messengerze mam pełno nieodebranych wiadomości, jednak potrzebuję rozmowy twarzą w twarz. Z kimkolwiek. Byle przy piwie.

Połowa moich pragnień zostaje spełniona, gdy przypominam sobie o czteropaku w lodówce. Przynoszę piwo do pokoju i dochodzę do wniosku, że z takim zaopatrzeniem mogę zacząć pisać. Przynajmniej czymś wypełnię swój czas. I być może spełnię  jedną ze starych przepowiedni Wiedźmy.

W tej piosence ujrzała moją przyszłość. Będę pisarzem-alkoholikiem. Monotonia życia zacznie mnie zabijać… Mój świat stanie się rozmyty przez alkohol. Przedzieranie się przez zatłoczone miasto, pisanie kolejnych książek i popijawy z kumplami – tak będzie wyglądała moja codzienność. W końcu dopadnie mnie całkowite zobojętnienie. Wtedy odetnę się od ludzi. Tracąc dni, tygodnie, miesiące będę staczał się na dno… Doprowadzę się do tragicznego stanu. Przestanę pisać. Alkohol wypali mój mózg do tego stopnia, że już nie będę dawał sobie z tym rady.

Otwieram piwo. W końcu przepowiednia sama się nie spełni

Pisanie powieści idzie mi opornie. Skupienie się jest niemożliwe, gdy wokół głowy wiruje tyle myśli, podszytych niepokojem, że mój związek stracił rację bytu… W końcu związek na odległość nie ma sensu. Tylko skrajny romantyk twierdzi inaczej.

TRZY TYGODNIE WCZEŚNIEJ

– Mój wyjazd nic między nami nie zmieni. Nadal będę Cię kochać.

Cieszę się, że jest ciemno. Dzięki temu Ona nie widzi z jakim trudem hamuję łzy.

Leżymy wtuleni w siebie. Jej ciche łkanie powoli przechodzi w spokojny oddech.

Często mówię rzeczy, w które próbuję wierzyć.

Zawsze będziemy razem… Przed chwilą to obiecałem. Mimo, że – patrząc racjonalnie – raczej nam nie po drodze. Wszystko na to wskazuje. Ja zaczynam studia w innym mieście, Ona musi skończyć szkołę średnią… a studiować zamierza za granicą. Odległość między nami jeszcze rozciągnie się w czasie i przestrzeni.

Bez sensu. Nasze drogi prowadzą w zupełnie inne strony. W tej chwili możemy je naginać, żeby czasem się przecinały, jednak później coraz trudniej. Nic nie zapowiada happy end’u.

Jednak nie obchodzi mnie to. Jej kruche ciało w moich ramionach… W tym momencie wszystko jest takie proste. Los próbuje odebrać mi kobietę, którą kocham. Zły los…  Gdyby miał twarz wykrzywiłby ją w szyderczym uśmiechu: Miałeś ostatnio niezłą passę. To nie może trwać w nieskończoność, wiesz? Szykuj się na cios.

PISARSKA GEHENNA

Obalam piwo za piwem, jednocześnie próbując pisać. To ostatnie idzie mi słabo.

Nieudolnie sklejam słowa w zdania. Nad jednym potrafię ślęczeć nawet dziesięć minut. Zapisuję obok siebie alternatywne wersje jednego zdania, żeby wybrać tą brzmiącą najmniej kulawo.

Coraz częściej robię sobie przerwy na drapanie się po głowie i tępe wpatrywanie się w ekran. Piwo już się skończyło. Zamykam oczy i chowam twarz w dłoniach. Widzę ciemność. I bardzo dobrze… Nadmiar bodźców by mnie rozpraszał, a ja chcę zebrać myśli. Jednak jest ich zbyt wiele, są zbyt rozbiegane i nie chcą być złapane.

Czuję się bezradny. Tworzenie jest najlepszym balsamem dla udręczonej duszy. Ten balsam często okazywał się dla mnie skuteczny. Szkoda, że dzisiaj nie potrafię pisać. Jakby pewne funkcje mojego mózgu zostały uśpione. Alkohol miał je uaktywnić… W końcu twórca potrzebuje paliwa.

Alkohol nie zadziałał. A przynajmniej nie tak jak powinien… Przez chwilę mój umysł dryfuje w oceanie bezradności.

Przypadkiem uruchomiona determinacja sprawia, że zamykam laptopa i podnoszę się z krzesła. Mimowolnie zaciskam pięści. Spaceruję po pokoju jak tygrys w klatce. Los próbuje odebrać mi kobietę, którą kocham… Obiecałem sobie wcześniej, że przeżyję swoje życie jak chcę. Bez żadnych kompromisów.

Zrezygnowanie z Niej byłoby upokarzającym kompromisem. Zresztą… Czym byłaby nasza miłość, gdyby mogło zniszczyć ją coś tak banalnego jak… odległość.

Czyń wedle swojej woli, zakołatało w mojej głowie. Nie mogłem sobie przypomnieć czyj to cytat. Crowley? LaVey? W każdym razie odpowiedziałem sobie, co jest moją wolą. Skończyć psychologię w Lublinie, napisać książkę, później zacząć podyplomówkę z dziennikarstwa… i być z kimś, kto ma zupełnie inne plany na przyszłość. No cóż. Ponoć przeciwieństwa się przyciągają…

Znów zasiadam do pisania powieści. Jednak przez moją głowę wciąż przewija się półświadomy myślotok: W sumie związki nie mają większego sensu. Na odległość tym bardziej. Znając życie już niedługo zaczną się bezsensowne kłótnie o nic. Wtedy to się rozsypie… Przypomina mi się jak kumpel opowiadał mi o swoim związku na odległość. Kilka razy dziewczyna rozpętała mu piekło, bo nie napisał do niej, gdy był dostępny na Facebooku. Jeśli mój związek zacznie wyglądać podobnie…

Moje myśli przechodzą w coraz bardziej paranoiczne scenariusze, kończę się bolesnym rozstaniem. Zapisuję na kartce papieru: Zdaje się, że i tak wszystko jest skazane na łzy… Następnie gniotę ją i wyrzucam do kosza na śmieci.

Symboliczne wyrwanie się ze szponów pesymizmu nie przynosi mi jednak weny twórczej. Dopóki nie przypominam sobie o założonym niedawno blogu. Skoro powieść mi nie idzie, mógłbym napisać felieton. Albo coś w tym rodzaju.

Wieczór przechodzi w późną noc. Słucham posępnej muzyki, a przy okazji powstaje Szept. Tekst nie pasujący do powstałych wcześniej zadziornych felietonów, podszytych absurdalnym humorem. Szept jest jak ballada na epce z punkowymi utworami. Perełka, która zmienia wydźwięk całości.

Obok (niedokończonej) powieści to najlepsza rzecz, jaka wyszła spod mojej klawiatury. Osobista, emocjonalna… a jednocześnie niejednoznaczna.

Teraz już wiecie, że to tekst o miłości. O przejściu normalnego związku w związek na odległość.

 PUSTE ZAKOŃCZENIA

Przepowiednia o pisarzu-alkoholiku nie spełnia się. Przynajmniej nie teraz.

Alkohol nie jest dobrym wypełnieniem pustki w sercu. On raczej wypala w nim jeszcze większą dziurę. Przynajmniej w moim przypadku.

Poza tym lepszym paliwem dla twórcy jest kawa. I czekolada.

Pierwsze tygodnie w Lublinie są deszczowe i ponure. Jestem pochłonięty studiami i nowymi znajomościami. Wieczorami zasiadam do pisania, później czytam książki, albo oglądam seriale. I ćwiczę, bo mięśnie same się nie zrobią. W międzyczasie piszę z Nią. Czasem wścieka się na mnie, że strasznie powoli odpisuję na wiadomości. Zapracowani ludzie tak już mają… Pociesza ją jednak fakt, że i tak zawsze jej odpisuję jako pierwszej. Inni czekają na odpowiedź zdecydowanie dłużej. Często od kilkunastu godzin do kilku dni. W porywach do kilku tygodni…

Każdy dzień jest dość intensywny. Staram się wypełnić go jak największą ilością spraw, żeby moje myśli ciągle były czymś zajęte. Hipeaktywność to nie najzdrowszy tryb życia. Ale dobre lekarstwo na tęsknotę. Myśli generowane przez hiperaktywny umysł rozgałęziają się w kolejne wątki, które cholernie trudno dogonić. Ale przynajmniej nie krążą bezustannie wokół pewnej kobiety.

To jednak nie wystarcza. Tęsknoty nie da się tak po prostu zakopać pod innymi myślami Prędzej, czy później zegarek pokazuje okolice pierwszej w nocy.  Wtedy zazwyczaj – wycieńczony – uświadamiam sobie, że zrobiłem już wszystko, co miałem zrobić.

Czuję się pusty. Jak maszyna, która wykonała swoje zadanie. Niestety nie posiadam przycisku off.  Jednak mam niewiele wspólnego z maszyną. Przynajmniej o tej porze. Zmieniam się wtedy w zwierzę bezsenne z wiersza Wojaczka.

Pustka jest jak ocean. Tęsknota, którą próbowałem zepchnąć na dno, w końcu wypływa na wierzch.

Kładę się do łóżka, licząc dni, które pozostały do najbliższego spotkania. Jeden weekend w ciągu całego miesiąca. Teraz tylko tyle ze sobą spędzamy. Czasem uda nam się wyrwać z kalendarza dwa weekendy na miesiąc. Gdy jednak nie widzimy się dłużej, czuję jak nasza historia rozbija się na dwa coraz bardziej odrębne wątki, które sporadycznie się przecinają…

Historia. W ten sposób patrzę na swoje życie. Jakby miała stanowić fabułę książki, bądź filmu. Każdy dzień jest jak rozdział. Cząstka większej całości. Krótkie opowiadanie, będące elementem skomplikowanej powieści mozaikowej. Ale mogące jednocześnie funkcjonować jako odrębna mini-historia.

Nie lubię otwartych zakończeń. Gdy główny bohater zostaje sam z pustką w sercu. Co prawda może iść dokądkolwiek chce. Mógłby… Gdyby tylko wiedział, dokąd chce iść. Historie z otwartymi zakończeniami wyglądają na niedokończone. Fundamentem każdej fabuły jest walka bohatera z przeciwnościami losu. Historia jest nie może być skończona, gdy walka ciągle trwa.

Leżę na łóżku, wpatrzony w sufit. Bezsenność sprawia, że sporo myślę. Nawet za dużo.

Myślę o kimś, kogo chciałbym mieć przy swoim boku. Próbuję przywołać wspomnienie jej ciepła i spokojnego oddechu… Gdybym miał ją w swoich ramionach, wystarczyłoby tylko zamknąć oczy. Sen pochłonąłby mnie w przeciągu kilku minut.

Każdy dzień powinien być zwieńczony takim happy end’em. Zamiast pustką…

Życie jest walką. Pisanie powieści także jest walką. Puste zakończenia są typowe dla autorów, którzy przegrali z własną historią.

Czy to znaczy, że przegrałem z własnym dniem? Ta myśl przez chwilę dźwięczy w mojej głowie. Sufit nie raczy odpowiedzieć. Więc uruchamiam wyobraźnię… Jego powierzchnia nabiera ludzkich rysów i mówi do mnie:

– Przegrałeś, Wojciechu.

– Odwal się.

– Przegrałeś – Pan Sufit przypomina z twarzy Lustro ze Shreka. Odpychający z niego skurwiel.

– Weź pod uwagę, że…

– Twoje życie to skomplikowana powieść mozaikowa, tak? To znaczy – od jakiegoś czasu próbujesz patrzeć na nie w ten sposób. Nie lubisz pustych zakończeń, prawda? Cóż… W takim razie jesteś w słabej kondycji. Ostatnio piszesz same puste zakończenia.  Generalnie – słaba historia. Jeśli ostateczny finał też będzie wyglądał w ten sposób…

– Zamknij się.

Przewracam się na bok. Zamykam oczy. I zmieniam nastawienie… Dzień jest jednak zbyt krótką jednostką czasu, by traktować je jako opowiadanie, bądź rozdział. Zakładając, że przeżyję czterdzieści pięć lat… będzie to ok. 16 440 dni. Żadna książka nie składa się z tylu rozdziałów.  Może Biblia… razem z wszystkimi apokryfami.

Dzień jednak nie jest dobrym odpowiednikiem rozdziału. Dzień to akapit. Drobny element skomplikowanej maszynerii, która napędza tę historię. Ta myśl rozwiewa pustkę. Nie przegrałem dnia, skoro zrobiłem wszystko, co miałem zrobić. Fabuła może nie biegnie do przodu, ale też nie raczkuje. Tylko kroczy powoli, lekko chwiejnie. Ale zmierza w dobrą stronę… Akapit po akapicie. Do momentu, w którym dwie historie znów na chwilę się przetną.

 PRÓBA

Związek na odległość ma sens. Mimo że dłuższa rozłąka jest ciężka. Tęsknota, zazdrość, frustracja, rozdrażnienie, zwątpienie… to tylko niektóre emocje, które całymi dniami kotłują się z tyłu głowy, by podczas bezsennej nocy wyjść na wierzch. Takie myśli bywają koszmarami śnionymi na jawie.

Moment spotkania jest jak zderzenie z innym wymiarem i zatrzymanie się w nim na krótką chwilę. Spędzony razem weekend jest okamgnieniem. Bardzo intensywnym. Hormonalny haj sięga zenitu; delikatne muśnięcie warg jest wtedy czymś niezwykłym. Potrafimy przegadać całą noc, nawet jeśli świeczki wypalą się znacznie szybciej. Ale to i tak za mało, żeby powiedzieć sobie wszystko. Ciepło jej ciała, zapach jaśminu, zielony wzrok, szept… Tymi słowami można opisać szczęście. Tak ulotne… Ale prawdziwe.

Gdy znika w pociągu, znów zadaję sobie pytanie: Dlaczego tak szybko?

Wracam do mieszkania, wciąż czując na wargach jej pocałunek. Rozsypujące się na oczach kamienice zdają się być jeszcze bardziej ponure niż przed momentem. Moje stopy ledwo dotykają ziemi. Już zaczynam tęsknić… ale jednocześnie jestem szczęśliwy. Nawet nie przemknęła mi przez głowę myśl, że widzimy się po raz ostatni.

Zły los… okazał się nie najgorszy. Odległość to tylko próba.

Miłość poddana takiej próbie z reguły szybko gaśnie. Czasem zaczyna jednak płonąć mocniej.

Odległość jest zbyt banalnym powodem, by zniszczyć miłość. Jeśli jest prawdziwa…

Poza tym tęsknota jest najlepszym paliwem dla sztuki.

Zatrzymuję się przed kolejną rozsypującą się kamienicą i zaczynam szukać kluczy po kieszeniach. Tu mieszkam.

Wiem, że czeka mnie bezsenna noc. Będę pisał miłość… Jak Wojaczek.

 

Podobne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *