PUSTA KARTKA

Nigdy nie potrzebowałem psychoterapeuty. Zawsze wystarczała mi pusta kartka.

Z reguły jedna dziennie, czasem więcej. W najgorsze dni wymiotowałem słowami tak długo aż koślawe pismo wypełniło kilkanaście stron. Przelewanie myśli na papier jest jak polowanie na motyle, ćmy i inne robactwo, wirujące w głowie gęstymi chmarami. To, co uda mi się złapać, preparuję na kartce. Gdy już to zrobię często jestem zaskoczony tym, co widzę. Choć nabazgrałem te słowa przed momentem. Dziwne… Czasem dopiero podczas takich połowów zdaję sobie sprawę z istnienia różnych myślorobali.

Jest taka przestrzeń między podświadomością a świadomością, która otwiera się podczas pisarskiego flow. Myśli, z których jeszcze przed momentem nie zdawałem sobie sprawy, przelewam bezpośrednio na papier.

Jeśli ktoś spyta mnie o nałogi, odpowiem, że mam tylko jeden. Pisanie.

Pusta kartka to świetne narzędzie introspekcji. Nie musisz nawet na niej pisać. Możesz coś narysować, albo  nabazgrać. Możesz ją nawet podrzeć. Ważne, żebyś przelał na nią swoje emocje.

Dopiero przelewając myśli na papier zdaję sobie sprawę jak bardzo chaotyczne one są. Jak bardzo błądzą…

WCZORAJ

Pokazowo spieprzyłem długo szykowany tekst. Osiem stron publicystyki eksperymentalnej, najdziwniejszej hybrydy jaką udało mi się napisać. W chaosie nadmiaru wątków słowa straciły swój rytm i kompozycja legła w gruzach.

Ten tekst miał pojawić się na blogu już dzisiaj… Ale się nie ukazał. I nigdy się nie ukaże, a przynajmniej nie w tej pokracznej formie.

Nie mogłem zasnąć, wściekły na samego siebie, że tak spieprzyłem robotę. Nie byłem też w stanie zacząć czegoś nowego. Nie po kilku godzinach męczącej literackiej sesji.

Co prawda miałem jej nie nadużywać… Ale pomogłem sobie melatoniną. Drobna biała tabletka, mniejsza niż rutinoscorbin, to istny cud. Zamknięte w niej pięć miligramów hormonu snu wystarczy, żeby powalić w kilkanaście minut nawet tak hiperaktywnego człowieka jak ja.

Moją wściekłość na samego siebie szybko wytłumiła senność. Gdy kładłem się do łóżka, z tyłu głowy tliły się myśli, czy ten tekst da się jeszcze uratować. Ale po chwili ucichły i pochłonęła mnie błoga ciemność.

NASTĘPNEGO DNIA

Obudziłem się z poczuciem winy. Za stracony czas, za spektakularnie spieprzoną robotę…

Jeszcze przed śniadaniem zabrałem się za moje pokraczne dzieło ostatnich dni. Czytałem z zaciśniętymi zębami, ale uświadomiłem sobie, że nie wszystko stracone. Przez ostatnie noce, wyrzuciłem na papier – tym razem wirtualny – całkiem sporo literackiego mięsa. Całość tworzyła pokraczną masę… ale to był zapis moich myśli. Przedzieranie się przez osiem stron tego chaosu uświadomiło mi jak bardzo jestem zagubiony. Zmęczony ludźmi, upałem i szarpaniem się z losem… To zmęczenie sprawia, że dwie snute przeze mnie opowieści wymykają się spod kontroli. Pierwsza i najważniejsza to moje życie. Druga opowieść to ta, którą snuję na papierze.

Zabłądziłem, idąc w kilka stron naraz. Dopiero teraz to zrozumiałem. Zrozumieć… To najważniejsze, bo dopiero potem możesz sobie pomóc.

Jednak męczarnie nad tamtym kulawym tekstem nie były stratą czasu. Tym bardziej, że trafiły się w nim niezłe fragmenty. Dlatego pociąłem tę nieudaną hybrydę na kawałki – słabsze wyrzuciłem, jeden umieściłem w powieści, inny będzie zalążkiem kolejnego tekstu na bloga. A resztę zostawiłem dla siebie.

DAWNO, DAWNO TEMU

Gdzieś w innym wymiarze – a przynajmniej w innym stanie świadomości – wydarzyła się pewna rozmowa. Rozmowa z kobietą, która nie potrafiła nazwać swoich demonów.

Powiedziałem jej o pustej kartce. Sekretnym sposobie na wypędzenie demonów z głowy i przyszpilenie ich do papieru.

Powiedziała, że spróbuje.

Teraz to już mniej sekretna metoda. Właśnie podzieliłem się nią ze światem.

Ale to nie tylko sposób na demony. W końcu żaden człowiek nie ma w głowie samego robactwa.

Wiesz… Pośród ciem są też motyle.

Podobne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *