ŻYCIE PO ŻYCIU

Słucham i obserwuję. Nikt nie powinien czuć się przy mnie bezpiecznie. Ale ludzie nie wiedzą, że jestem czujny. Nie wiedzą, że kradnę strzępki ich rozmów. Jednak nie można nikogo winić za nieostrożność. Statystycznie rzecz biorąc, w tłumie nie ma zbyt wielu pisarzy. Poza tym nie każdy pisarz jest złodziejem. Nie każdy okrada przypadkowych ludzi z ich chwil, żeby zamknąć je w zdaniach i utrwalić na papierze niczym trofea.

Zresztą… Rzadko udaje mi się wykraść z życia coś szczególnego. Zwykle są to banalne rzeczy. Banalne rozmowy, banalne sytuacje.

To też będzie banalne.

NIEDOKOŃCZONY TEKST LISTOPADOWY

Jestem na poczcie.

Siedzę przy stoliku i adresuję list. Każdy ruch wykonuję bardzo powoli. Uważam, żeby nie drgnęła mi ręka. Wszelkie rzeczy na użytek własny piszę jak kura pazurem, ale teraz staram się z całych sił, żeby nie wyszło zbyt koślawo.

W pomieszczeniu jest niewiele osób. Przy jednej z dwóch kas starsza kobieta załatwia swoje sprawy, a gdzieś w kącie stoi ławka. A na niej trzej faceci; brudni i zarośnięci. Mają na sobie sfatygowane ubrania. Czapki, kurtki i szaliki. Nie wiem, jakie były ich pierwotne barwy, ale wszystko wyblakło w stronę szarości. Ich niskie niewyraźne głosy rozchodzą się po ciepłym pomieszczeniu w biało-czerwonych barwach.

Nie przeszkadza mi ich obecność. Pomruki meneli są przyjemniejsze dla ucha od suchych rozmów pracowniczek poczty, przeplatanych z trzaskaniem w klawiaturę. Tym bardziej, że jedna z tych kobiet – ta, która odzywa się najczęściej – ma skrzekliwy głos, co trochę drażni moje uszy. Na szczęście jest w pewnej odległości i za szybą, więc bardzo nie boli.

Chociaż… Menele też mogliby zacząć mi odrobinę przeszkadzać, gdybym znalazł się w zasięgu ich smrodu. Albo gdyby mu słyszał, o czym mówią. Nieważne.

Ja adresuję list, menele pomrukują w kącie, a gruba kobieta o skrzekliwym głosie milknie i już tylko stuka palcami w klawiaturę. Atmosfera coraz bardziej sprzyja skupieniu.

Do pewnego momentu…

Wszystko, co dobre, musi kiedyś się skończyć. Chociaż… Akurat to piszę, myśląc najmniej o sobie.

Do meneli wychodzi jedna z pracowniczek poczty. Drobna kobieta w krótkich farbowanych blond włosach z czarnymi odrostami. Na spiczastym nosie ma okulary w czerwonych oprawkach. Co prawda mam słabość to kobiet w marynarkach, ale ta mnie nie urzeka. Może przez zmarszczki i złowieszczo zaciśnięte usta.

– Macie tu, panowie, jakieś sprawy to załatwienia? Bo właśnie po to ludzie tutaj przychodzą. – Jej ton jest okropnie zimny. Jakby zwiastował to, co czeka meneli z powrotem za drzwiami.

– My tu sobie kulturalnie siedzimy, proszę pani – odpowiada w imieniu całej trójki Siwobrody. Najstarszy i najbardziej masywny osobnik. – Na zewnątrz zimno…

– Posiedzieć możecie sobie gdzie indziej. To nie jest ośrodek dla bezdomnych. Ludzie tutaj przychodzą sprawy załatwiać. A wy co tutaj robicie? Ludzi odstraszacie? Kiedyście się myli ostatnio?! Jak się bliżej podejdzie, to smród aż w oczy kłuje.

– Jak ludzi odstraszamy?! – W leniwy ton Siwobrodego wkrada się nuta oburzenia. –  Ale, proszę pani, przecież my nikomu nie wadzimy. Ino sobie siedzimy kulturalnie. Siedzimy i dyskutujemy. – Kumple wtórują mu swoimi burkliwymi głosami.

– Wy i kultura… – Kobieta przewraca oczami. – Proszę stąd wyjść.

– Ale, proszę pani… Co pani przeszkadza?

Jeszcze nie skończyłem adresować listu… Męczę się z tym dalej. Literka po literce. Cyferka po cyferce. Powoli zbliżam się do końca. Słuchając jednym uchem tej wymiany zdań.

Ostre słowa nie wystarczą. Menele zasłaniają się kulturą. Dzielnie bronią ławki. Drobna kobieta daje za wygraną i wycofuje się do oszklonego przyczółka pracowniczek poczty. Niewyraźnie słyszę jej krótką naradę z koleżankami. Narzekania na smród zostają zwieńczone pomysłem, żeby zadzwonić na policję.

Drobna kobieta jeszcze raz wychodzi do trzech meneli.

– Albo panowie stąd wyjdą, albo dzwonię po policję.

Siwobrody wzrusza ramionami.

– A niech pani dzwoni. Co nam zrobią? I co to za prawo, że kulturalnie posiedzieć sobie nie można, hę? 

Odrywam wzrok od koperty i widzę jak kobieta odwraca się na pięcie. Gdyby była postacią z kreskówki buchałaby teraz dymem z nozdrzy.

Gdy jest już w swoim przyczółku, od razu dobiera się do telefonu i wystukuje numer. Odzywa się do słuchawki i…

Menele nasłuchują. Widzę w ich twarzach napięcie. Są jak zwierzyna na terytorium drapieżnika.

Ja tymczasem ślinię tylną stronę znaczka pocztowego i naklejam go na kopertę. Równo. Udało się.

Kobieta nie blefowała. Naprawdę rozmawia z policją.

– Spierdalamy…

Lekko przygarbione sylwetki, przyspieszony kaczkowaty chód Siwobrodego… To wszystko sprawia, że ich odwrót wygląda komicznie.

A jednak się wycofali. Bitwa o ławkę dobiegła końca.

Mój list jest gotowy do wysłania. Ale nie ruszam się jeszcze z miejsca. Najpierw wyjmuję telefon. Kilkanaście nieodebranych wiadomości… Wzdycham ciężko, wertując to wszystko. Odpisuję na te niecierpiące zwłoki, a resztę zostawiam na wieczór.

Po chwili przez pomieszczenie przechodzi dwóch rosłych facetów. Obydwaj w ciemnogranatowych mundurach, na które narzucono żółte kamizelki z czarnym napisem na plecach – POLICJA. Weszli tylnymi drzwiami. Zatrzymują się przy przyczółku, z którego pracowniczka poczty wykonała telefon. Jeden z nich odzywa się do niej, zadaje jakieś pytanie, a drobna kobieta o farbowanych włosach wskazuje im drzwi, którymi uciekli menele. Dorzuca jeszcze coś o smrodzie i zakłócaniu porządku.

Gliniarze idą tropem uciekinierów.

A ja kończę odpisywanie, po czym odruchowo zaczynam przewijać facebookowy feed. Eh… Przyłapuję samego siebie na durnym nawyku. Po kilku bezproduktywnych minutach, dręczony wyrzutami sumienia, zamykam Facebooka.

Biorę zaadresowany list i wychodzę, a na zewnątrz wrzucam go do skrzynki.

Wtedy okazuje się, że rozpoczęta na poczcie farsa trwa w najlepsze. Bezdomni nie uciekli daleko. Ba… Tylko wyszli za drzwi, najwidoczniej licząc, że jeśli tylko to zrobią, wszyscy o nich zapomną.

A teraz gawędzą sobie z gliniarzami.

– Jakiejś pracy pan nie może sobie znaleźć? Jakiejś pracy normalnej… – Policjant zakłada ręce na piersi i przyjmuje kaznodziejski ton

– Brak wyobraźni…  – Siwobrody kręci głową. Przez jego szare oczy przebiega jakiś błysk. Ale ton głosu jest irytująco leniwy. – Takich to ludzi do policji teraz biorą? Do jakiej pracy? Do jakiej pracy ja niby miałbym pójść? Totalny brak wyobraźni… Gdyby kobieta w chuja pana zrobiła, wiedziałby pan jak to jest.

O PEWNYM KAMIENIU, KTÓRY MOŻE ZMIAŻDŻYĆ

Idę dalej.

Zostawiam tę rozmowę za sobą. Teraz otacza mnie gwar innych głosów, a tamte nikną w oddali.

Ale słowa Siwobrodego dźwięczą w mojej głowie. Nie mogę dłużej powstrzymać gorzkiego uśmiechu. Jeszcze przed chwilą myślałem, że to kobiety mają skłonności do przerzucania odpowiedzialności na swoich facetów. Cóż… Jednak mężczyźni nie są lepsi.

Czasem próbuję zrozumieć sens związków. W końcu dobrze rozumieć coś, w czym samemu się tkwi.

Znajduję kolejny powód, dla którego łączą się w pary.

Ludzie są słabi, a życie jest ciężarem trudnym do udźwignięcia. Łatwiej nieść go z kimś niż samemu. Łatwiej nieść go z kimś silnym niż słabym.

Ktoś słaby jest tylko przeszkodą… Ciężarem, który może pociągnąć Cię na dno. Zwłaszcza, kiedy sam tracisz siły.

Ktoś silny… Możesz przerzucić na niego swój ciężar. Całą odpowiedzialność.  Cóż… Wtedy winy za zrujnowane życie nie ponosisz Ty.

Przez moją głowę przewija się irytująco leniwy ton Siwobrodego. I każde słowo wypowiedziane brudnym przepitym głosem. Zwłaszcza ostatnie zdanie. Jakby streszczało ono całą historię jego życia.

Dziwnie się czuję. Ukradłem urywek jego historii. Ale nie potrafię zdobyć się na współczucie, ani pogardę. To, co czuję jest zbliżone do obojętności. Choć obojętność nie jest dobrym słowem. W końcu nie piszę o rzeczach, które są dla mnie bez znaczenia. 

Może to po prostu moja niechęć do osądów wygasza wszelkie emocje. Ukradłem tylko urywek jego historii. To za mało, żeby cokolwiek o nim wiedzieć. To za mało, żeby uznać go za nic niewartego śmiecia. To też za mało, żeby mu współczuć.

Ale wystarczająco, żeby jego ostatnie słowa zapętliły się w mojej głowie. Jak mantra. Powtarzam ją chwilę, za każdy razem zanurzając się w nich coraz głębiej. Aż do dna.

Zabawne… Jak zasłyszane przypadkiem na ulicy słowa mogą wyryć się w pamięci.

Niechlujna broda, poszarzałe łachy. Obraz nędzy i rozpaczy, który przypomniał mi o brutalnej stronie życia. I o tym, żeby nie oddawać życia w czyjeś ręce. Tak robią tylko słabi.

Życie to kamień. Gdy porzucisz słabego człowieka, ten kamień go zmiażdży.

Przed chwilą widziałem trzech zmiażdżonych ludzi. A raczej ich cienie, które będą smętnie włóczyć się po Lublinie, dopóki alkohol będzie płynął w ich żyłach i ogrzewał wnętrzności. Dopóki ich gnijące ciała zupełnie się nie rozpadną.

Jeśli istnieje życie po życiu, wygląda ono właśnie tak.

Podobne

3 komentarze

  1. Nie uważasz, że czasami zostawienie słabszej osoby czyni ją silniejszą? Zdarza się też, że tzw. „druga połówka” jest zbyt dużym ciężarem, który przytłacza i najlepiej się od niej odciąć, żeby samemu nie wylądować na dnie. Różne są przypadki, kto wie, jaka była historia Siwobrodego? Może sam był sobie winien?

    1. Czasem tak jest. Ale pasożyt rzadko zmienia swoją naturę – zwykle szuka nowej ofiary.
      A co do Siwobrodego… Czy sam był sobie winien? Mam przeczucie, że tak, choć nie możemy tego wiedzieć.

  2. Piękny wnikliwy tekst. Według mnie nie powinno się nikogo oceniać z góry jeśli się nie zna dobrze jego historii życia. Mówi się że każdy jest kowalem własnego losu, po części tak wszak mamy wolny wybór ale… Hmmm odnoszę wrażenie że ten los jednym sprzyja innym nie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *